ZAPISANI W KSIĘDZE cz. I

Zapisani to nie proza literacka, historiograficzne czy narracyjne źródło, które można czytać od początku do końca. To raczej normatywny materiał, który jedynie przetworzony przez odbiorcę ożywa. Ten tekst nabiera performatywności jedynie wówczas, gdy zostanie mu ona nadana przez czytelnika – ożywa w sercu odbiorcy, pragnącego, na ile to możliwe, przenieść się do świata ludzi, po których pozostały tylko metrykalne zapisy. Na tych rejestrach ciąży brzemię świadectwa życia setek ludzi – ich radości, uśmiechów, trudów codzienności, smutków, problemów, cierpienia, umierania. Wybierając jedną z ulic i podróżując od domu do domu, od mieszkania do mieszkania, które niejednokrotnie były niczym innym jak tylko kolejnym pokojem tego samego domostwa, można poznać żydowskich sąsiadów przedwojennego Ożarowa. Przekrój społeczeństwa, spośród którego można wymienić ludzi wszystkich zawodów ukazuje bogactwo polskich Żydów.

Przywracanie pamięci o nieistniejącym sztetlu nie może być tylko statystycznym opracowaniem materiału źródłowego, które ukaże „jedynie” ogrom tragedii, musi być raczej przywoływaniem historii konkretnego człowieka czy grupy osób, dając tym samym możliwość zaistnienia swego rodzaju „relacji pamięci”. Penetrując dogłębnie archiwalia w poszukiwaniu informacji o Bencjanie Wacholderze i jego rodzinie, niejednokrotnie zatrzymywaliśmy się na kolejnych kartach rejestrów – jak się wówczas wydawało – w żaden sposób niepowiązanych z tematem pierwszego tomu. W niezwykły sposób oddziaływało to miejsce, w którym jakby za zasłoną przebywały wyczytywane Imiona (por. Wj 26, 31-33). Mimo że nie „jadą krajem w zaplombowanych wagonach”, można zapytać: „a dokąd tak czekać będą, a czy kiedy wysiędą”? Nieprawdopodobny zbieg historycznych okoliczności sprawił, że Archiwum Państwowe w Kielcach Oddział w Sandomierzu swoją siedzibę ma w budynku starej synagogi przy ul. Żydowskiej. Za skrzypiącymi drzwiami wejściowymi ukryte są tysiące nazwisk, o których – być może – niewielu już pamięta. Po schodach prowadzących do czytelni wielokrotnie wnoszone są z magazynu pokaźnych rozmiarów ciężkie księgi, z których pobrzmiewają imiona Jankiela Szmarji, Herszka, Chudesy, Rajzly Perli, niekiedy nawet Mejlecha. Zza nieprzewróconych kart słychać pogłos wołanego Hejnocha, Małki Hudesy, Chany, Berka i Fajgi. Skrzypi stalówka starego pióra, jakby na wieczność kreślącego w księdze imię Łai Estery, Szosi Rywki, Lejbusia, Chai Marima czy Jankiela Arona. Zza peerelowskiej firanki w oknie archiwum unosi się gwar handlujących za rogiem Berka i Icka Majera, Hendli Bruchy z Etlą, a echo niesie śmiechy oddalonych Liby i Sznajdli, które rozprawiają na temat pończoch sprzedawanych przez Jochwetę. Tu nie liczą włosów na głowie, tu nie dzielą dobra od zła, tu żyją – po prostu – Imiona.